wtorek, 27 marca 2007

Test 64-bitowego Ubuntu

Od blisko roku jestem (nie)szczęśliwym posiadaczem 64-bitowego procesora, którego potencjału - jak się łatwo domyśleć - nie wykorzystywałem w pełni ani na dołączonym do kompa Windows XP, ani na swoim ulubionym Ubuntu. W końcu coś mnie trafiło: przecież praktycznie marnuję możliwości swojego procka, za który przecież zapłaciłem!

Któregoś dnia postanowiłem zrobić na dysku remanent i, korzystając z okazji, zainstalowałem Ubuntu “Dapper” w wersji A64. Pracując w 64-bitowym środowisku wytrzymałem… niewiele ponad tydzień, po czym wróciłem do sprawdzonej wersji i386. Dlaczego?

Na samym początku muszę zaznaczyć, że, pomimo obiegowych opinii, doprowadzenie komputera wykorzystującego Ubuntu 64-bit do “podstawowego” stanu używalności nie jest aż tak trudnym zadaniem. Wszystko dzięki programowi Automatix (wersja dla AMD64 do pobrania z ubuntuforums.org, właściwy wątek tutaj), który odwalił za mnie większość brudnej roboty w instalowaniu kodeków, programów, właściwych wersji sterowników, a nawet flasha w przeglądarce.

Niestety, Automatix nie załatwi za nas wszystkiego, np. nie zainstaluje nam wine’a, nie utworzy nam środowiska 32-bit do uruchamiania niektórych programów, nie doda supportu do odtwarzania nowego (i strasznie upierdliwego) formatu Windows Media 9. To już musimy zrobić sami. Nie wspominam już o zabawie z kartami wLAN, które (np. jak moja) nie mają gotowego sterownika, tylko muszą korzystać z programu Wine-podobnego i windowsowych sterowników dla (o zgrozo) windowsów 64-bitowych.

Przyznam się szczerze, że o ile dałoby się te (i pewnie jeszcze inne sprawy) jakoś w systemie umieścić, to po prostu nie chciało mi się w tym dłubać. Dostawałem szewskiej pasji na samą myśl, że nie dość, że żeby (dajmy na to) zainstalować takiego Wine’a musiałbym przebijać się przez różnorakie FAQ’i, instalować jakieś środowiska 32-bitowe, to jeszcze (jakby tego było mało), sam “nie-emulator” działałby mi o kilka (kilkanaście — różnie ludzie piszą) procent wolniej, niż w Ubuntu 32-bit.

Zdarzyło mi się też kilka razy, że system… po prostu padł. Nie, żebym wykonywał jakieś mocno obciążające pamięć, skomplikowane i długotrwałe obliczenia. Oglądałem filmy, czatowałem przez Gajima — standardowe czynności na standardowym systemie. Zjawisko conajmniej zaskakujące, jak na Linuksa.

Narzekać też mógłbym na zachowanie Firefox’a. Dlaczego? Otóż po kilku minutach korzystania z przeglądarki… przestawała ona reagować na wciskane klawisze. Nie mogłem wpisać adresu w pasek, nie mogłem nic wyszukać. Gdy w tym czasie odpalałem gedit’a — klawiatura cudem zaczynała działać, ale Firefox dalej nie reagował na wciśnięcia klawiszy. Kolejne conajmniej dziwne zjawisko, które było spowodowane nie-wiadomo-czym.

Suma summarum właśnie dlatego tak szybko wróciłem do standardowego Dappera.

Tak jakoś wyszło, że we wszystkich powyższych akapitach “jechałem” po systemie, niemniej jednak wersja AMD 64 ma kilka wartych wymienienia zalet:
  1. Po pierwsze GNOME działa wyraźnie szybciej. Nie jest to duży wzrost w porównaniu z wersją 32-bit, ale fajnie jest widzieć efekty posiadania nowego procka przy wykonywaniu standardowych czynności.
  2. Rozpakowywanie archiwów było zauważalnie szybsze.
  3. Podobnie było z kopiowaniem plików (dziwne, wiem - ale tak było).
  4. OpenOffice też jakoś szybciej reagował.
  5. Większość (o ile nie wszystkie) programy dostępne w standarowych repozytoriach zostały przekompilowane na wersje 64-bitowe, zatem nie ma problemu z ich zainstalowaniem.
Reasumując, nie byłbym obiektywny, gdybym powiedział, że Ubuntu 64-bit jest systemem do bani. Po prostu ten system nie jest dla każdego - bez względu na to, jaki się posiada procesor. Zakładając sytuację, że potrzebowałbym *tylko* korzystać z programów biurowych, do edycji plików video, kompresowałbym duże ilości danych, chciał postawić wydajny serwer czy zajmował się grafiką 3d, Ubuntu 64-bit sprawdziłoby się o wiele lepiej niż jego 32-bitowy odpowiednik. Niemniej jednak lubię czasem w coś pograć, obejrzeć film, potrzebuję w czymś odpalać uTorrenta i… po prostu nie chce mi się niepotrzebnie ścierać, więc ta wersja systemu jeszcze nie jest dla mnie. Kto wie… może znajdujący się jeszcze w powijakach “Edgy” załatwi sprawę. Czas pokaże :-)

Zamów swoje Ubuntu

Na stronie https://shipit.ubuntu.com można już składać zamówienia na najnowszą, stabilną edycję Ubuntu w wersji 6.06, czyli słynny “Dapper Drake“. Zostanie nam ona wysłana całkowicie za darmo, w wybranym wariancie (i386, amd64, mac lub kombinacja powyższych). Jednorazowo można zamówić do 10 cd w specjalnie przygotowanych wariantach.

Cały proces sprowadza sie do zarejestrowania, również za darmo, w usłudze Launchpad oraz do wykorzystania loginu z rejestracji na stronie do składania zamówień. Potem już tylko podajemy adres wysyłki i czekamy.

Z tego, co wyczytałem, płytki będą rozsyłane na początku czerwca, a przesyłka może potrwać 4 do 6 tygodni. Niemniej jednak myślę, że warto — nie ma to jak instalować system z oryginalnie tłoczonych płytek, wyjętych z oryginalnej koperty :-)

Zachęcam do zamówienia większej ilości płytek i rozdania ich swoim znajomym w ramach szerzenia dobrej nowiny o tym fantastycznym systemie.

Ubuntu, Windows, Neostrada i dzielenie internetu

Po około trzydziestym przesłuchaniu dostarczonego z system kawałka Lemon i n-tej partyjce w Mahjonga doszedłem do wniosku, że dziwnie tak mieć Linuksa bez możliwości obejrzenia jakiegoś filmu czy posłuchania muzyki w, nazwijmy to, “zamkniętym formacie”. Postanowiłem to zmienić.

Okazja nadarzyła się sama. Jakiś czas temu nawróciłem kuzyna na Linuksa i wgrałem mu do zabawy piąty FlightCD Dappera. Podobnie jak ja teraz, nie za bardzo mógł cokolwiek więcej porobić pod Linem. Różnica między nami polega na tym, że Boss (nazwijmy go tak dla potrzeb wpisu) ma stały dostęp do neta.

Zatem ustawiliśmy się na sesję apta, która jak się okazało nie przebiegła tak gładko, jak się mogło wydawać na początku. Dlaczego? Trzy słowa: neostrada pod dapperem :-/

Nie powiem — miło zaskoczył mnie fakt, że sterowniki do “Neostraty”, a konkretniej do modemu Sagem F@st 800, są dostępne w systemie. Problem w tym, że po ich zainstalowaniu przy pomocy Synaptic (pakiety eagle-usb-data i eagle-usb-utils) i skonfigurowaniu (duży plus za to, że Synaptic od razu wypytał nas o login i pass połączenia) nie zapalała się dioda na modemie.

Dioda nie działa == “sudo startadsl” nie daje zupełnie nic :-/ No, może daje… komunikat błędu :-(

Anyways przełączyliśmy się na kuzynowe Wintendo i przeszukaliśmy globalną pajęczynę pod kątem instalacji Neo pod Dapperem i niestety wieści są niefajne. Okazuje się, że póki co trzeba odinstalować sterownik i przekompilować go ponownie… pod gcc-3.4 :-/ Jednym słowem kicha, bo na instalacyjnym cd jest tylko gcc-4.0.2, którego użycie daje w efekcie niedziałający sterownik.

I co tu zrobić, żeby móc cieszyć się multimediami w Linuksie? Rozwiązanie samo wpadło do głowy po chwili… udostępnić Neostradę z Windowsa dla mojego laptopa z Ubuntu, ściągnąć na udostępnionym połączeniu odpowiednie pakiety, zrobić kopię katalogu /var/cache/apt i zainstalować zachowane tam pakiety na kompie Boss’a.

I wiecie co? Było to banalne :-)

Konfiguracja sieci krok-po-kroku...

Windows:
  1. odpalić kreator konfigurowania sieci,
  2. ustawić go tak, żeby łączył się z Internetem bezpośrednio i udostępniał połączenie,
  3. wciskać “dalej” dopóki kreator się nie skończy, oczywiście nie ma potrzeby odpalać go na innych komputerach ;-)
  4. we właściwościach połączenia internetowego (tego od neostrady), na którejś zakładce zezwolić na łączenie się się z internetem za pośrednictwem tego komputera,
  5. i wsio :-)
Ubuntu:
  1. System->Administracja->Ustawienia sieci
  2. podać hasełko
  3. na karcie Połączenia wybrać swoją kartę sieciową i kliknąć Właściwości
  4. we Właściwościach interfejsu zaznaczyć pole “Połączenie aktywne”
  5. Konfigurację ustawić na DHCP
  6. zatwierdzić OKejem
  7. w oknie Ustawienia sieci Aktywować interfejs
I to tyle :-) Można odpalić Firefoxa i surfować do woli, albo apta i ściągać do woli ;-)

Anyways po dorwaniu odpowiednich pakietów przy pomocy Synaptica, przy pomocy Gnomebaker’a zgrałem je na CDRW i przeniosłem na Ubuntu kuzyna. Tam już tylko standardowe:

$ sudo dpkg -i *

w folderze z pakietami i wsio. Oczywiście trzeba było wykonać to kilkukrotnie, bo niektóre zależności nie spełniły się od razu, ale — o dziwo — wszystko działało tak jak u mnie, czyli fantastycznie :-)

Świetne uczucie, kiedy Twój ulubiony oes nabiera funkcjonalności.

Instalacja Ubuntu

Mamy kopię zapasową danych, wiemy jak podzielić dysk na partycje. Nie pozostało nam nic innego jak wziąć się za instalację Ubuntu :-) Od razu uprzedzę, że instalacja, w przeciwieństwie do Fedory, Suse, Mandrivy i jeszcze pewnie masy innych distr, przebiega w trybie tekstowym. Przyznam się, że dawniej nie dość, że było to dla mnie dziwne, to dodatkowo w pewnym sensie uważałem ten sposób za skomplikowany i wizualnie odpychający. Nic bardziej błędnego! Pomimo trybu tekstowego instalacja przebiega błyskawicznie i w dużej mierze sprowadza się do wciskania dwóch klawiszy: TAB i ENTER :-) Ale po kolei…

Zakładam, że instalacyjną płytkę z Ubuntu mamy pod ręką. Jeżeli nie, można obrazy płyt pobrać sobie stąd.

Najpierw powinniśmy się upewnić, że nasz BIOS jest tak skonfigurowany, aby podczas uruchomienia komputera starał się odpalać z płyty CD. Niestety, nie bardzo mogę tutaj pomóc, ponieważ w laptopie nie dodść, że mam niestandardowy BIOS, to do tego jeszcze jest to jakaś okrojona wersja. Jaki by nie był, udało mi się to jakoś ustawić. Tu prośba do Was – jeżeli ktoś czytający ten tekst będzie zmuszony pogrzebać w swoim BIOS’ie, proszę o zwrócenie uwagi na to jaki ma BIOS i jakie opcje zmienia, a następnie o opisanie tego w komentarzach. Tak dla potomności ;-)

Teraz wypadałoby zrestartować komputer, pozostawiając instalacyjną płytkę Ubuntu w napędzie. Po chwili powinno nas przywitać menu z logo Ubuntu i kilkoma opcjami. Poruszamy się w nim przy pomocy klawiszy kierunkowych i entera.

Dalsze czynności opiszę w punktach:
  1. Wciskamy F2 i wybieramy język polski.
  2. Wybieramy “Install to the hard disk” i zatwierdzamy.
  3. Instalator przeprowadzi wykrywanie urządzeń, przeszuka cdrom, załaduje dodatkowe składniki (cokolwiek to oznacza) oraz wykryje sprzęt sieciowy.
  4. Po powyższych czynnościach nastąpi etap konfiguracji sieci. Jeżeli mamy dwie karty sieciowe w komputerze (np. LAN i WLAN) zostaniemy poproszeni o wybór domyślnego interfejsu sieciowego. Osobiście wybrałem kartę LAN (oznaczoną “eth1:”), gdyż nie mam w okolicy żadnych hot-spotów, a poza tym z obsługą niektórych radiówek bywają problemy.
  5. Następnie komputer postara się dokonać autokonfiguracji ustawień sieciowych za pośrednictwem serwera DHCP. Jeżeli nie jesteśmy w sieci musimy odczekać jakieś 16-20 sekund i w okienku o porażce autkonfiguracji wybrać “dalej”. Dalszą konfigurację sieci zwyczajnie pominąłem – będzie można to zrobić później, w okienkach.
  6. Zostaniemy poproszeni o podanie nazwy hosta. Można w polu wpisać cokolwiek (najlepiej bez polskich literek), ja zostawiłem “ubuntu”.
  7. Wybór serwera lustrzanego w znakomitej większości wypadków można pominąć, pozostawiając puste pole i wybierając “dalej”.
  8. Nastąpi wykrywanie dysków, a następnie, o ile nie skorzystamy z jakichś automatycznych metod partycjonowania, będziemy mogli pobawić się programem partycjonującym (art. o partycjonowaniu był wcześniej). Całe mieszanie na dysku kończymy wybierając “zakończ partycjonowanie i zapisz zmiany na dysku”, po czym nastąpi wdrożenie naszych ustawień.
  9. Po chwili będziemy mogli skonfigurować konta użytkownikom. Ten krok jest banalny i sprowadza się do wpisania pełnej nazwy użytkownika (np. imię i nazwisko, nie mylić z nazwą konta), nazwy konta oraz haseł.
  10. W tym momencie instalator ma wszystkie potrzebne informacje do zainstalowania systemu. Cały proces kopiowania plików na dysk i konfigurowania systemu trwał jakieś 15 minut na moim sprzęcie.
  11. W międzyczasie zostaniemy poproszeni o wybór trybów graficznych, z jakich chcemy korzystać. W zależności od posiadanego sprzętu graficznego zaznaczamy gwiazdką pola obok obsługiwanych rozdzielczości (przy pomocy SPACJI). Nalezy pamiętać o tym, że system za domyślną rozdzielczość przyjmie największą, jaką wybraliśmy.
  12. Po dalszej konfiguracji zostaniemy spytani czy chcemy zainstalować bootloader GRUB w głównym rekordzie uruchomieniowym, na co oczywiście powinniśmy wyrazić zgodę. Jeżeli mamy na dysku już jakiś inny system operacyjny (np. Winde, jak ja), instalator powinien go wykryć i automatycznie dodać do konfiguracji.
  13. Nastąpi kończenie instalacji, restart systemu i… możemy się cieszyć z posiadania fantastycznego systemu, jakim niewątpliwie jest Ubuntu.
Po przeczytaniu powyższego niektórzy z Was mogą dojść do wniosku, że strasznie dużo z tym wszystkim roboty – nie dajcie sie zwieść pozorom! To, co w OpenOffice, pisane czcionką DejaVu Serif 12, bez interlinii zajmuje blisko 2 strony A4 tekstu, w praktyce sprowadza się, jak już wspominałem, do parokrotnego wciśnięcia TAB i ENTERA i naprawdę trwa niesamowicie krótko. A jeżeli jeszcze macie jakieś obiekcje – zawsze możecie poczekać na finalną wersję Dappera, która według wszelkich znaków na ziemii i niebie będzie już posiadać graficzny instalator.

Oczywiście w razie problemów (w co szczerze wątpię) służę pomocą, a tymczasem – instalujcie Ubuntu :-)

Partycjonowanie -- jak zrobić to dobrze?

Nigdy, podczas reinstalacji systemu, nie zastanawiałem się nad partycjonowaniem dysku. Za czasów Windows wystarczyła mi jedna partycja z systemem i byłem zadowolony. Nie zwracałem też nigdy uwagi na wskazówki innych, dotyczące większego bezpieczeństwa danych, znajdujących się na kilku partycjach.

Teraz jest inaczej. Postanowiłem, że zanim zainstaluję Linuksa, poszukam porad na temat tego jak najlepiej podzielić mój 80-ciogigowy dysk, biorąc pod uwagę kilka poniższych założeń:
  • instaluję dwa systemy operacyjne,
  • zależy mi na możliwie bezproblemowej komunikacji między nimi,
  • komputer bez względu na system operacyjny ma działać możliwie najwydajniej,
  • oczekuję możliwie największego bezpieczeństwa danych,
  • wszystko wykonam przy pomocy programów darmowych lub OpenSource.
Moje wnioski, po przebiciu się przez kilkanaście stron internetowych, są następujące:

1. Instalacja dwóch systemów to jasna sprawa: dzięki podejściu “nic na siłę” społeczności linuksowej Windows XP Home nie będzie miał problemów z egzystowaniem na jednym dysku z testowym Ubuntu Dapper. Oczywiście o ile system Billa zostanie zainstalowany jako pierwszy — w przeciwnym wypadku Windows zamaże sektor startowy swoim badziewiem i zablokuje, na pewien czas, możliwość odpalenia Linuksa.

2. Bezproblemową komunikację zapewnią dwie sprawy:
- po pierwsze rezygnacja z partycji NTFS dla Windowsa - wprawdzie Linux bez większych problemów odczytuje dane z dysku sformatowanego w ten sposób, ale gorzej jest już z zapisem, który ze względu na niestabilność jest domyślnie zablokowany. Oczywiście osoby lubiące ryzyko mogą zainstalować projekt Captive, który podobno działa całkiem sympatycznie i niweluje ten problem, jednak ja nie podejmę tego ryzyka — dla mnie uszkodzony Windows oznacza jedno: dzień zmarnowany na instalację wszystkiego od nowa. Wszystko za sprawą firmy ACER, dla której instalacja Windowsa dostarczonego wraz z kompem jest jednoznaczna z usunięciem wszystkich partycji z dysku, a następnie wghostowaniem z dwóch płyt cd preinstalowanego systemu. Tak więc zostaje FAT32.
- kolejny problem ma również związek z upierdliwością firmy Billa, a polega na tym, że Windows nie odczytuje danych zapisanych na partycjach linuksowych. Na szczęście są ludzie, którym to przeszkadzało i rozwiązali ten problem tworząc windowsowe sterowniki do tych partycji (konkretnie EXT2 i EXT3, ReiserFS chyba jest jeszcze na dzień dzisiejszy nieczytelny). Zainteresowani powinni szukać ich na sourceforge.net. Wydajność postanowiłem osiągnąć przechowując pliki systemowe na stosunkowo małych partycjach i ograniczając się w trzymaniu na nich dużych plików. Filmy, muzyka, obrazy dystrybucji linuksowych oraz pliki pobierane z BT trafią na osobną partycję FAT32. Dodatkowo pod Windows w grę wchodziłaby częsta defragmentacja dysku. Niestety nie orientuję się, czy pod Linuksa ktoś wymyślił jakiś program do defragmentacji, więc jeśli ktoś ma jakieś info — proszę zostawić komentarz.

3. Jak to mawiają informatycy “nic nie pomoże, gdy dysk nie może”, dlatego omawiając bezpieczeństwo pomijam problemy z fizycznie uszkodzonymi dyskami, posiadającymi bad sectory i wydające strzelające odgłosy. Żeby było jasne: nie polecam instalacji systemu na “niepełnosprawnym” dysku, a już na pewno odradzam trzymanie na takim sprzęcie jakichkolwiek wartościowych informacji.

4. Bezpieczeństwo na komputerze z dwoma systemami zawiera elementy wymienione w poprzednich punktach i głównie sprowadza się do:
  • zastosowania wzajemnie rozpoznawanych i stuprocentowo stabilnie wspieranych partycji (FAT32 i EXT2/3),
  • podziału dysku na odpowiednią ilość części, żeby w przypadku jakiejś awarii czy działania upierdliwego programu/wirusa dało się odzyskać możliwie najwięcej informacji.
5. Czy można powyższe czynności wykonać przy zastosowaniu programów darmowych czy OpenSource? Jasne :-) Całe partycjonowanie wykonałem w programie gParted (Gnome Partition Editor), dostępnym na wielu Linuksach w wersji LiveCD, oraz instalatorem Ubuntu. Niestety, nie udało mi się znaleźć dobrego darmowego/otwartego programu do dzielenia dysku pod Windows. Wprawdzie był jeden, ale pozwalał na operowanie tylko z poziomu Windowsa i tylko na niesystemowej partycji, dlatego nie dziwne, że nawet nie pamiętam nazwy. Z wersji testowych polecam banalny w obsłudze Acronis Partition Maganer, natomiast odradzam Partition Magic firmy Powerquest — na tym programie nieźle się przejechałem.

Ostatnią kwestią, wymagającą poruszenia jest to, jak podzielić dysk. Z przyczyn obiektywnych opiszę podział swojej osiemdziesiątki, natomiast Wy będziecie musieli samodzielnie dopasować konfigurację dysku do swoich potrzeb.

Podział mojego dysku wraz z komentarzem:

- 10 GB - FAT32 na WindowsXP Home

Nie mam w zwyczaju grania w dziesięć gier na raz, więc 10 giga na system, rozrywkę i SharpDevelop w zupełności wystarczy. W razie czego zawsze jest dostęp do większej partycji, ale szczerze wątpię, że będzie ona w ten sposób wykorzystywana.

- 5 GB - EXT3 na Linux /

5 giga na partycję “root” w Linuksie powinno zaspokoić potrzeby większości dystrybucji Linuksa, a co dopiero Ubuntu, które zawiera jedno CD. Moje zaspokoiło ;-)
- 5 GB - EXT3 na Linux /home

Rzadko kto zdaje sobie sprawę z niesamowitych korzyści płynących z wywalenia /home na osobną partycję, dlatego kilka z nich opiszę poniżej:
  • nie ma problemu z backupowaniem danych przy reinstalacji systemu — wywala się wtedy “korzeń”, a foldery domowe użytkowników zostają nietknięte. Po re/instalacji Linuksa od razu mamy wszystkie swoje ustawienia, pocztę (o ile ktoś korzysta z Thunderbirda), kalendarze i kontakty z Evolution, kontakty z GnuGadu, partycje z Wine’a itp. sprawy zwarte i gotowe do użycia :-)
  • można mieć na dysku więcej niż jedną dystrybucję do testów i jeżeli przypadnie ona do gustu, również ma się dostęp do swoich danych “od ręki”,
  • po przeczytaniu dwóch powyższych wskazówek nie będziesz musiał szukać w sieci poradników jak to zrobić, tracić czasu i ryzykować przenoszenia danych ;-)
- 0.5 GB - SWAP na pamięć wirtualną

Ogólnie przyjmuje się, że wydzielenie osobnej partycji na plik wymiany jest lepszym pomysłem, niż użycie w tym celu pliku na partycji systemowej. Za to ciężko powiedzieć, jaki ta partycja miałaby mieć rozmiar. Dotarłem do informacji, w których lansowano następujące wielkości:
  • 1.5x wielkość pamięci operacyjnej,
  • 2.5x wielkość pamięci operacyjnej,
  • 300-400 MB.
Osobiście nie widzę logiki w dwóch pierwszych sugestiach, natomiast trzecia jest mi dużo bliższa. Obserwowałem swój swap nie tylko pod Ubuntu 5.10, ale jeszcze mając SuSE i przy moim całkiem typowym wykorzystaniu komputera wykresiki nigdy nie przekraczały poziomu 25% wykorzystania partycji wymiany o wielkości 1 GB. Dlatego, dla świętego spokoju, przemnożyłem te 25% przez dwa i wyszło pół giga.
- pozostałe miejsce - FAT32 na informacje dostępne dla obu systemów.

Tu wszystko powinno być jasne. Po co zaśmiecać partycje systemowe filmami, muzyką, pdf’ami, obrazami dystrybucji linuksowych czy plikami pobieranymi z sieci. Takie pliki szybko znikają z dysku, powodując tym samym błyskawiczną fragmentację — nie ma potrzeby dodatkowo obciążać operacji wejścia-wyjścia.

Na koniec zrzut ekranu z oknem programu gParted i moim podziałem dysku w formie graficznej.